Z palety dni
Cała historia zaczyna się jesienią, porą magiczną, czarującą
swymi ciepłymi kolorami, zapachami ogniska, dojrzałych owoców,
wilgotnej po nocy ziemi i tak mi osobiście bliską ze względu na
datę moich urodzin.
W jeden z takich pięknych dni, wśród świateł popołudniowego
słońca, aromatu kawy i cynamonu, stłumionego szumu fal miasta,
poznałam Huberta. Siedziałam wtedy w ,,zaułku niewiernego
Tomasza" ze śpiącym w wózku dzieckiem otulona tymi zapachami i
kolorami niczym kokonem. Tkwiąc w nim czułam niezmącony spokój,
taki który daje poczucia prawdziwego szczęścia, kiedy świat
uśmiecha się w twarzach nieznajomych ludzi, pięknej pogodzie i
lekkim, niezmąconym trwogą sercu. Taki stan będzie od tego
popołudnia towarzyszyć wszystkim chwilom, które spędzę z Hubertem.
A o tamtej chwili zawsze będę myśleć jak o skutku tego, że on był
w pobliżu, niż jako o przyczynie, że się pojawił.
W tym błogostanie kokonu izolującego od rzeczywistości sięgnęłam
po szkicownik i węgiel i zaczęłam kreślić kreski, z których
wyłaniały się postacie i przedmioty, zupełnie przypadkowe. Ręka
szła wyjątkowo dobrze, nie ograniczana moim własnym zbyt ciasnym
umysłem. Oddalałam się od rzeczywistości.
I nagle obcy zapach wtargnął w moje nozdrza przywołując umysł do
,,tu i teraz". Zaciągnęłam się znów zapachem z
przeświadczeniem, że wabił mnie on już kiedyś w przeszłości, ale
nie mogłam go szybko niczemu przyporządkować. Rozglądnęłam się
wokół, by znaleźć źródło. Zapach wydobywał się z fajki,
siedzącego kilka stolików dalej mężczyzny. Rozpoznałam, to był
zapach amfory. Utkwiłam w nim wzrok. Musiałam patrzeć na niego zbyt
długo, bo mężczyzna odstawił od ust fajkę w pytającym spojrzeniu.
Speszona spuściłam wzrok próbując bezskutecznie ukryć się za
przytkniętą do ust filigranową filiżanką. Tuliłam usta do niej
tak długo, że jasne było, że w środku nic już nic być nie może.
Nie miałam jednak odwagi odłożyć jej na spodek, gdyż wciąż
czułam jego wzrok. W końcu musiałam się poddać i odkryć swoje
oblicze. On wciąż patrzył, więc zupełnie już zmieszana uznałam,
że czas pozbierać kartki, zapłacić i iść sobie czym prędzej.
Energicznie zabrałam się do składania szkiców. Zbyt dużo jednak
było w moich ruchach rozedrgania, najpierw strąciłam ze stołu
ołówek, a kiedy schyliłam się, żeby go podnieść, spadło kilka
kartek, które łagodnie opadły wprost pod jego stolik, niczym list do
adresata. Zanim zdążyłam dotrzeć do nich, on zebrał je wszystkie i
wpatrując się w nie zmierzał w moim kierunku. W tej sytuacji
postanowiłam nie wstawać i przyjąć go na znanym mi już terytorium.
- Proszę - powiedział kładąc kartki na moim stoliku - zdaje mi
się że właśnie tu wcześniej leżały
- Dziękuję, właśnie się po nie wybierałam, ale Pan mnie
uprzedził, dziękuję. - zakończyłam wplatając uśmiech, który z
założenia miał być odebrany jako wymuszony. Ale on wcale na mnie
nie patrzył, tylko na plik rysunków.
- Ten pierwszy szczególnie mi się podoba. Chyba jest naprawdę dobry
- powiedział
- Bardzo dziękuję, to miłe - odpowiedziałam tonem mającym dać
do zrozumienia, że się naprzykrza i równocześnie szukając teczki
do schowania rysunków.
- Ta fajka nadaje mi pewnej dystynkcji, prawda?
,,Fajka"??? zahuczało mi w głowie. Spojrzałam na złożone na
kupce szkice. Pierwszy z góry przedstawiał przystojnego mężczyznę
z fajką o wzroku epatującym ciepłem. Dokładnie ten sam
przykuwający wzrok, spoczywał teraz na mnie. Szok, aż poderwał mnie
do góry.
- Przepraszam pana - krzyknęłam, ale kiedy sama usłyszałam, jak
donośny był mój głos, rozglądając się dookoła, dodałam już
znacznie ciszej - bardzo Pana przepraszam, ja nie wiedziałam.. to
rysuję, trochę się wyłączam i tracę kontakt w rzeczywistością.
Nie chciałam pana..- zabrakło mi słów, żeby dookreślić, za co go
przepraszam i po chwili wahania, wobec braku innej wersji, musiałam
zaakceptować i podać mu tę: ,,Nie chciałam naruszać pana
wizerunku" Choć brzmiała ona bardzo pretensjonalnie - Przepraszam,
zaraz go zniszczę.
- O proszę nie, nie - odpowiedział - proszę tego nie robić, ja
się w ogóle nie gniewam. Pierwszy raz w życiu zostałem
sportretowany i to od razu tak dobrze. Może po prostu odkupię go od
Pani i w ten sposób ocalę. I tak chciałem iść na Floriańską i
dać się sportretyzować, myślałem wprawdzie o karykaturze, na
której przy braku urody paradoksalnie wychodzi się lepiej, ale wobec
tego co tu widzę, zdecydowanie wolę portret.
Rozbawił mnie. Uśmiechał się przyjaźnie i przymilnie. Miał
piękny uśmiech, lecz to co tak dominowało, to były jego brązowe,
łagodne oczy i to ich ciepło. Odpowiedziałam nieznacznym uśmiechem.
- To nie możliwe, ja nie sprzedaję rysunków, ale ...
- Czy mogę usiąść - zapytał, przerywając mi wpół zdania
- Oczywiście - odparłam, zauważywszy zbyt późno niestety, że
dialog na stojąco wzbudzał ciekawość całej klienteli. Zamieszanie
wokół siadania, pozwoliło mi nabrać trochę dystansu do całego
zamieszania i odzyskać spokój także w głosie - .. ale będzie mi
miło, jeśli go Pan po prostu weźmie.
- Ale to wbrew moim zasadom, ja nie przyjmuję prezentów od obcych,
nawet jeśli są to kobiety. Zmuszony jestem zatem się przedstawić,
Hubert Hryniewicz - skłonił lekko głowę, wyciągnął z kieszeni
wizytówkę i położył przede mną.
- Gabriela Lipowczan - odpowiedziałam podnosząc karteczkę i
odczytując jeszcze raz wypowiedziane przed sekundą nazwisko -
lekarz weterynarii
- Ja niestety nie mam wizytówki, ale proszę do mnie mówić Gabi,
Gabriela mnie przerasta
Podałam mu rysunek a on objął go wzrokiem, kiwając lekko głową,
dając wyraz swojego uznania. Serce mi rosło, gdy patrzyłam na jego
podziw. Mało kto widział moje rysunki, bo zawsze kryłam je w obawie,
że nie są dobre. Kryłam je przed rodzicami kiedy miałam swój
młodzieńczy okres malarski i kryłam je przed mężem, który chyba
nawet nie wiedział, że od momentu przyjścia na świat Dawida wolny
czas poświęcałam rysowaniu. Zresztą była to rozrywka dla nas
obojga. Mój synek uwielbiał, kiedy mu rysowałam misie, samoloty,
dinozaury.
W końcu spojrzał na mnie znad kartki i przeszył prostym słowem
dziękuję. Zawarł w nim oraz w swoim spojrzeniu tyle wdzięczności,
że odkryłam nagle prawie na nowo znaczenie słowa ,,dziękuję".
Pozostało mi odpowiedzieć po prostu ,,proszę".
- To jeden z piękniejszych prezentów jakie dostałem - zawiesił
głos, ważąc coś w głowie, po czym zapytał - Czy mógłbym się
Pani jakoś zrewanżować?
- Już mi Pan podziękował
- Tak, ale chciałbym...
- Widzę, że za wszelką cenę chciałby Pan wyrównać rachunki? A ja
chciałabym jednak zachować przyjemność bezinteresownego
obdarowania, dobrze?
- Ale ja się czuję zobowiązany
- Lepiej by brzmiało wdzięczny, pasuje do istoty obdarowywania
W obawie przed chwilą niezręcznego milczenia, które krepowałoby go
nie mniej niż mnie, pośpiesznie zagaiłam, co sprowadza go do
Krakowa. Hubert przyjechał na doroczne seminarium lekarzy weterynarii.
W Kazimierzu prowadzi prywatną praktykę weterynaryjną przejętą po
ojcu, który wreszcie na emeryturze mógł zacząć realizować
marzenie swego życia, tworzenie stadniny koni. Konie były miłością
jego życia, którą niegdyś zaraził go ojciec, a potem on swojego
syna, któremu wbrew sprzeciwom matki dał na imię Hubert. Matce
święty Hubert naraził się swym dość rozległym patronatem, który
oprócz leśników, myśliwych i matematyków objął także
epileptyków. Dziecko na szczęście epileptykiem nie było, może
dzięki matce, która z uporem mówiła do niego Bert. Hubert od
najmłodszych lat wzrastał wśród zwierząt, z jednej strony
pacjentów ojca, z drugiej wśród swoich ukochanych psów, które dla
jedynaka były nie tylko towarzyszami zabaw. Od dziecka leczył i
dokarmiał bezpańskie koty i psy, ratował pisklęta, które wypadły
z gniazd i kiedy przyszedł czas wyboru zawodu, on nie musiał
wybierać, w jakimś stopniu już był weterynarzem. Kiedy tylko
skończył studia, zaraz wrócił do Kazimierza i zaczął pracę.
Praca była dla niego życiem, a życie pracą. Ile czerpać musiał
radości ze swojego zawodu poznać było po jego oczach i całej
fizjonomii. Po cichu konfrontowałam to ze swoją pracą. Wkrótce
miał się skończyć mój urlop wychowawczy i miałam powrócić do
działu logistyki, wprowadzania papierzysk, awizowania dostaw,
indolentnych przełożonych, którzy wydawali polecenia w jakimś
słowiańskim języku, który na pewno nie był polskim znanym ze
szkół i literatury i do tych biurowych brudów, plotek. Zrobiło mi
się żal samej siebie, ja taka dobra uczennica, której wynikami
rodzice chwalili się znajomym, mogąca być kimś, stała się nikim.
Powinnam się na siebie wściec, takie uczucia są bardziej nośne i
można dzięki nim coś zmienić, ale mi było siebie tylko żal. Tak
jak wówczas, kiedy zamiast iść do liceum plastycznego, za namową
matki poszłam do renomowanego krakowskiego liceum. Przekonywała, że
to da mi większe możliwości, a rysować zawsze mogę po szkole.
Jednak rygor szkoły nie zostawiał zbyt dużo czasu na zajęcia
pozalekcyjne, więc pozostało mi rysowanie w domu. Bez konsultacji i
prowadzenia ze strony fachowców, no i braku akceptacji w domu dla
rysowania i bycia artystą, w końcu wetknęłam szkicowniki w
najgłębszą szufladę i uwierzyłam, że ja nie mam iskry bożej i
choćbym ćwiczyła i
...
więcej »
Z palety dni
Cała historia zaczyna się jesienią, porą magiczną, czarującą
swymi ciepłymi kolorami, zapachami ogniska, dojrzałych owoców,
wilgotnej po nocy ziemi i tak mi osobiście bliską ze względu na
datę moich urodzin.
W jeden z takich pięknych dni, wśród świateł popołudniowego
słońca, aromatu kawy i cynamonu, stłumionego szumu fal miasta,
poznałam Huberta. Siedziałam wtedy w ,,zaułku niewiernego Tomasza"
* * *
Zastanawiałam się wielokrotnie, jakby było miedzy nami,
gdyby to się nie wydarzyło. Czy wówczas nie byłabym zazdrosna
i nie uzurpowała sobie prawa do osoby, jej czasu wolnego,
jej uczuć na wyłączność. I za każdym razem dochodziłam
do wniosku, że ta niepohamowana wola kontrolowania drugiej
osoby i tak by była, bo jest jakąś składową związku. I rzeczywiście
była w naszym związku także przed zdradą, choć jej nie zauważałam.
PS kiedyś mój ukochany kazał mi opowiadać sny,
chciał mieć nad nimi kontrolę, (a nuż jakiś "przystojniaczek do
odstrzelenia"
się w nich zagnieździł!)
pozdrawiam
Anna pa,pa
Użytkownik "kaka"
Witam wszystkich, załaszcza tych, którzy wczytują się w cudze
próby i łaskawie proszę o cierpliwe doczytanei do końca i opinię.
Z palety dni
Cała historia zaczyna się jesienią, porą magiczną, czarującą
swymi ciepłymi kolorami, zapachami ogniska, dojrzałych owoców,
wilgotnej po nocy ziemi [...]
W jeden z takich pięknych dni, wśród świateł popołudniowego
słońca, aromatu kawy i cynamonu [...]
I nagle obcy zapach wtargnął w moje nozdrza przywołując umysł do
,,tu i teraz". Zaciągnęłam się znów zapachem z
przeświadczeniem, że wabił mnie on już kiedyś w przeszłości, ale
nie mogłam go szybko niczemu przyporządkować. Rozglądnęłam się
wokół, by znaleźć źródło. Zapach wydobywał się z fajki,
siedzącego kilka stolików dalej mężczyzny. Rozpoznałam, to był
zapach amfory[...]
Wkrótce nastrój mój się poprawił za sprawą aromatu i smaku
czekolady, ale prawdziwy uśmiech wywołał dopiero budzący się z
popołudniowej drzemki Dawid.
Hubert Hryniewicz - skłonił lekko głowę, wyciągnął z kieszeni
wizytówkę i położył przede mną.
- Gabriela Lipowczan - odpowiedziałam podnosząc karteczkę i
odczytując jeszcze raz wypowiedziane przed sekundą nazwisko -
lekarz weterynarii
Hubert odnajmłodszych lat wzrastał wśród zwierząt, z jednej strony
pacjentów ojca, z drugiej wśród swoich ukochanych psów, które dla
jedynaka były nie tylko towarzyszami zabaw. Od dziecka leczył i
dokarmiał bezpańskie kotyWkrótce nastrój mój się poprawił za sprawą aromatu
i smaku
czekolady, ale prawdziwy uśmiech wywołał dopiero budzący się z
popołudniowej drzemki Dawid. i psy, ratował pisklęta, które wypadły
z gniazd i kiedy przyszedł czas wyboru zawodu, on nie musiał
wybierać, w jakimś stopniu już był weterynarzem. Kiedy tylko
skończył studia, zaraz wrócił do Kazimierza i zaczął pracę.
Praca była dla niego życiem, a życie pracą. Ile czerpać musiał
radości ze swojego zawodu poznać było po jego oczach i całej
fizjonomii. [...]
Zaplanowany wraz z ukochanym wyjazd na weekend do Wiednia. Kupiony
przewodnik, trochę Euro, zarezerwowany uroczy hotelik i bilety na
koncert Straussa. Zaplanowany ze szczegółami każdy z tych dwóch dni
tylko ze sobą i tylko dla siebie. Żadnej pracy, żadnych trosk.
Wytyczona trasa wieczornego spaceru. Urlop wzięty dzień wcześniej,
żeby się nastroić, smakować urok dwóch dni, które nadejdą. Żeby
nic nie zmąciło szczęścia.
I jest w końcu piątek. On dzwoni po kilkanaście razy. Raz przypomina
o paszportach, potem dopytuje, gdzie ten zarezerwowany hotelik. Dzwoni,
żeby powiedzieć, że kocha i że cieszy się z wyjazdu. Jest
wieczór. Wszystko spakowane i gotowe do jutrzejszego wyjazdu. On zaraz
przyjdzie.
- A co chodziłeś do kurw na spowiedź? - krzyknęłam buchając
płaczem i dając upust wszystkim tłamszonym emocjom
- To był seks, tylko seks, czynność, której nie mogłem się
oprzeć. Nigdy nie było w tym żadnych uczuć, nigdy nie było
żadnych innych kobiet oprócz tych
- Paweł, nie pierdol, wyprowadzasz mnie z równowagi
Nasze życie składa się wprawdzie w
większości ze zwykłych szarych dni z ich przyziemnymi sprawami, ale
jest poprawne. W końcu się kochamy. Ale mamy też dni prawdziwego
piekiełka, które gotuję nam ja. Bo została we mnie złość za tę
zdradę i czasem siekę na oślep złością, wyrzutami i pretensjami.
Ranię się po stokroć pytaniami o szczegóły tamtych zdrad i żądam
odpowiedzi, która zawsze, nawet gdyby była milczeniem, jest
przyczyną do kolejnych pretensji. Bywa, że Pawła otwarcie
kontroluję, każę się usprawiedliwiać i zapewniam, że i tak mu nie
wierzę.
Pozdrawiam
Witam wszystkich, załaszcza tych, którzy wczytują się w cudze
próby i łaskawie proszę o cierpliwe doczytanei do końca i opinię.
Reszta jakaś taka jakby autorka rzeczywiście chciała sie wyżalić na
swoje życie złe i męża-kurwiarza - niby powinienem docenić wiarygodność
formy, ale jakoś nie bardzo mi to podchodzi pod literaturę piękną. Takie
całe-moje-życie-złe-wyrzucone-z-trzewi-w-gorączkowym-pośpiechu.
No nie siadło mi i już.
Kiepsko się maskujesz Ira!Nie, sorry! Kiepsko się maskujesz App!
Hmmm - kiepsko się maskujesz bnt;)
| Kiepsko się maskujesz Ira!| Nie, sorry! Kiepsko się maskujesz App!
| Hmmm - kiepsko się maskujesz bnt;)
phi
Anna pa,pa
kaka
---------
| Z palety dni| Cała historia zaczyna się jesienią, porą magiczną, czarującą
| swymi ciepłymi kolorami, zapachami ogniska, dojrzałych owoców,
| wilgotnej po nocy ziemi i tak mi osobiście bliską ze względu na
| datę moich urodzin.
| W jeden z takich pięknych dni, wśród świateł popołudniowego
| słońca, aromatu kawy i cynamonu, stłumionego szumu fal miasta,
| poznałam Huberta. Siedziałam wtedy w ,,zaułku niewiernego Tomasza"zaczyna się okropnie. okropnie znaczy quasi poetycko,
pretensjonalnie. początek opowieści zapowiada kolejny odcinek
serialu M jak miłość, i to nieco zniechęca. ale potem jest całkiem sprawnie,
choć nieustająco ma się wrażenia podczytywania pamiętniczka matki,
żony, niedoszłej kochanki, ale ja nie o tym, ja o puencie.| * * *
| Zastanawiałam się wielokrotnie, jakby było miedzy nami,
| gdyby to się nie wydarzyło. Czy wówczas nie byłabym zazdrosna
| i nie uzurpowała sobie prawa do osoby, jej czasu wolnego,
| jej uczuć na wyłączność. I za każdym razem dochodziłam
| do wniosku, że ta niepohamowana wola kontrolowania drugiej
| osoby i tak by była, bo jest jakąś składową związku. I rzeczywiście
| była w naszym związku także przed zdradą, choć jej nie zauważałam.puenta - jest imho strzałem w dziesiątkę, nie żeby odkryciem
na skalę światowa, nie. ale warta podkreślenia czerwoną kredką
- uzurpatorstwo, zazdrość, podejrzliwość, detektywistyczne zapędy
- w większości związków są na porządku dziennym (i nie mam na myśli
związków obciążonych zdradą), a to pierwszy krok do nie bycia szczęśliwym
we dwoje, do zobrzydzenia sobie życia że ho, ho.PS kiedyś mój ukochany kazał mi opowiadać sny,
chciał mieć nad nimi kontrolę, (a nuż jakiś "przystojniaczek do
odstrzelenia"
się w nich zagnieździł!)pozdrawiam
Anna pa,pa
Użytkownik "bnt"
| Kiepsko się maskujesz Ira!| Nie, sorry! Kiepsko się maskujesz App!
| Hmmm - kiepsko się maskujesz bnt;)
Za spytnyś, Tuman, dla nas niegodziwców!
LeP
Więc to jednak Twój tekst?
Użytkownik "Anna pa, pa"
lep
------
| Kiepsko się maskujesz Ira!| Nie, sorry! Kiepsko się maskujesz App!
| Hmmm - kiepsko się maskujesz bnt;)
znaczy, że niby tak nas (mnie!) znasz?!
| Kiepsko się maskujesz App!
| niby tak mnie! znasz?
jak łysą kobyłę
Anna pa,pa
Użytkownik "Anna pa, pa"
lep
------
| | Kiepsko się maskujesz App!
| niby tak mnie! znasz?
| jak łysą kobyłępróbujesz mnie obrazić?
Napiszę ogólne podziękowanie do wszystkich.
Bardzo dziękuję za krytykę i że w ogóle chcieliście czytać.
Dokonam kilku wyznań. Nie jestem nikim, z tych osób, o które się
mnie podejrzewa. Naprawdę. Nie czytałam jeszcze "Pachnidała", ani
nie widziałam filmu, co więcej, ten akurat fragment, będąc
zadziałał "duch czasu". Wrzuciłam tu tylko fragment. Nie ważyłabym
nadużycie uprzejmości /lepsze rzeczy do czytania/. Dzięki za
wszystkie uwagi, jestem b. wdzięczna. Dziennik jak najbardziej to
będzie i porownianie z Grocholą - nieźle - chcą ją drukować i
kupować.
Gromek - serce na balkoniku