"Wstawaj! Znowu zaśpisz!" To mama. Zawsze się na mnie złości rano.
"Ale jest tak zimno, Mamo. Proszę... czy mogę zostać w domu?"
Wiem, że to pytanie nie ma sensu. Mama przychodzi, włącza grzejnik.
Spuszczam więc nogi na podłogę wprost w ciepły strumień powietrza i
wyobrażam sobie, że jeszcze śpię. Ale w końcu trzeba się ubrać. Myśl, że
niedługo udam się w to straszne miejsce napawa mnie przerażeniem.
Terror, strach, upokorzenie, nienawiść i rywalizacja. Już teraz wiem, że
przez całe życie tak będę wspominać moje przedszkole.
Kiedyś jeszcze próbowałam namawiać Mamę, żeby pozwoliła mi zostać w
domu, ale wiem, że dziś nawet nie ma sensu zaczynać. Rodzice wychodzą do
pracy. Mój brat odprowadza mnie do przedszkola zawsze przed lekcjami.
Wiem, że z nim też nie ma sensu rozmawiać, ale i tak mu marudzę. Nie
cierpię czapki, którą próbuje mi wcisnąć. W końcu wychodzimy. Po drodze
spotykamy moją Panią. Odprowadzała właśnie córkę do przedszkola. Jej
córka chodzi do innego przedszkola. Nie wiem dlaczego. Mój brat wraca do
szkoły, a ja idę dalej z Panią. Nawet ją lubię. Jest fajna.
W przedszkolu najpierw trzeba iść do szatni i się przebrać. Zostawiam
tam kurtkę i przebieram się w kapcie. Dobrze, że mama nie kazała mi
ubrać tej wieśniackiej sukienki. Nie cierpię jej.
W naszym przedszkolu jest pięć grup. Ja jestem w czwartej. Za rok idę do
szkoły. Ci z piątej też. Nie wiem czemu są dwie grupy skoro mamy tyle
samo lat. Bez sensu.
Najgorsze jest wejście do sali. Wszyscy się na ciebie gapią, jak na
dziwoląga. Na środku mamy taki wielki dywan i wszyscy siadają na nim w
kole. Najpierw jest śniadanie, a potem Pani sprawdza obecność. Ja się
zawsze spóźniam i często jem przy stole, gdy reszta siedzi na dywanie.
Dzisiaj nie, bo przyszłam razem z Panią. Nie lubię jeść śniadań. Mama
mówi, że jestem strasznym niejadkiem. Jak mi się uda, to oddaję moje
śniadanie w przedszkolu Tomkowi. Tomek to straszny żarłok. On może jeść
cały dzień.
Po śniadaniu, jak jest ładna pogoda, wychodzimy na podwórko. Na podwórku
jest fajny plac zabaw i możemy robić co chcemy. Nie cierpię zostawać w
sali. Jak zostajemy, to gramy w jakieś głupie gry. Zwłaszcza dwóch nie
lubię. Jedna jest taka, że chodzimy w kółko i śpiewamy taką smutną
piosenkę. Dla wszystkich ona jest śmieszna, bo się trzeba obracać w
kółko, ale ja zawsze płaczę jak się w to bawimy, bo jest o tym, że się
wyjeżdża od Mamy. Zawsze wtedy uciekam do ubikacji. Ta druga zabawa to
"Król ciszy". Też jej nienawidzę. Chodzi w niej o to, żeby być po prostu
cicho. Wszyscy siadają w kole na dywanie po turecku, a Pani wyznacza
jedną osobę, która będzie siedziała na środku i pilnowała, żeby nikt nie
gadał. Jak ktoś gada, to zabiera mu fanta - czyli kapcia. Potem trzeba
robić co król ci każe, żeby odzyskać fanta. Nie cierpiałam siedzieć bez
kapci. Chyba tylko raz do tej pory byłam królem ciszy. Pamiętam jeden
dzień jak Sylwia była królem ciszy. Pani wtedy wyszła, bo wiedziała, że
będziemy siedzieć cicho. Siedzieliśmy wszyscy w kole, a Sylwia kolejno
kazała każdemu kłaść palec na buzię. Słyszałam tylko w kółko: "Palec na
buzię! Palec na buzię!" Wybrała sobie dodatkowo jeszcze Monikę i Kaśkę
na pomocników. Chyba nikt nie lubił rządzić sam. Każdy po chwili brał
sobie pomocnika. Nawet ja. W każdym razie tamtego dnia Sylwia strasznie
się uwzięła na Tomka. Najpierw za to, że gadał. Potem, że nie siedział
prosto (a po pół godzinie plecy już bardzo bolały). I tak zabierała mu
fanty, aż w końcu Tomek się wkurzył. Zaczęli się kłócić, a dziewczyny
zaczęły go rozbierać. Po chwili Tomek stał wciśnięty w kąt w samych
gatkach i podkoszulce, bronił się rozpaczliwie i zanosił się
histerycznym płaczem. My siedzieliśmy na dywanie bojąc się nawet
poruszyć. Na początku chciałam mu pomóc, bo mi się go żal biednego
zrobiło. Ale potem pomyślałam, że i mnie tak rozbiorą, że takiego
upokorzenia nie zniosę i że chyba bym się zabiła. A miałam marne szanse
odeprzeć taki zmasowany atak. Ale współczułam mu szczerze i równie
szczerze nienawidziłam dziewczyn. Wreszcie ktoś przytomny poleciał po
Panią i wszystko się skończyło.
Dzisiaj chyba wyjdziemy na dwór, bo jest bardzo ciepło. Tak. Wychodzimy.
Strasznie się cieszę, bo wtedy nikt mi nic nie każe. Możemy iść na
drabinki, albo na huśtawki. Ja najczęściej siedzę na drabinkach. Lubię
robić fikołki i nikt się mnie nie czepia. Kurczę, dziewczyny zajęły
drabinki. Pójdę na te większe, drewniane. One też są fajne. Kaśka tam
siedzi. Ona umie zrobić "syrenkę" i "szpagat". Ja też trochę potrafię.
Ciekawe, czy moja głowa zmieści się między szczebelki? Między poręcze
naszego balkonu się mieści....
"ZBIÓÓÓÓÓÓÓRRRKAAAAAAA", ktoś zawołał. Wystraszyłam się. Chciałam szybko
wyciągnąć głowę i ugryzłam się w język. Teraz krew mi leci. Idę do Pani.
Nie było zbiórki. Jakaś idiotka nas nastraszyła. Idę do ubikacji
przepłukać buzię. Boli...
Zbiórka i obiad. Lubię obiad. Bo po obiedzie jest zawsze deser. Moje
ulubione kaszki i budynie. Pycha. Czasami Tomek mi oddaje swoje kaszki,
bo on nie lubi. Czasami do obiadu jest szpinak i ten kto zje, dostaje w
nagrodę takie karteczki od Pani higienistki. Ja nigdy nie jem. Wygląda
jak przeżuta trawa. I po co mi te karteczki?
Po obiedzie przychodzi to, czego nienawidzę najbardziej chyba.
Leżakowanie. Czasami nam darują leżakowanie i oglądamy w składziku bajki
z rzutnika. Wtedy jest fajnie. Ale na leżakowaniu już nie. Musimy
rozkładać leżaki i leżeć godzinę. Dzisiaj zostaje z nami ta druga pani.
Nie lubię jej.
Leżymy.
Nudzę się.
Dzieci chodzą siku.
W końcu pani powiedziała, że już nikogo nie puszcza do ubikacji, bo
ileż można sikać. Jak tylko to powiedziała, zachciało mi się siku. Nawet
się nie pytałam, bo przecież z dorosłymi i tak nie ma sensu rozmawiać.
Zesikałam się w kołdrę. Jeżeli chodzę siku, to tylko wtedy, kiedy
wszyscy są czymś zajęci i nikogo nie ma w ubikacji, bo nie mamy
zamykanych drzwi. Chłopacy często stają w kabinie obok na kiblu i
podglądają dziewczyny. To wstrętne. Jak nie mogę wytrzymać, to idę do
kabiny Pani. Tam jest zamek w drzwiach i nie można podglądać, ale nie
sięgam do światła i zawsze załatwiam się po ciemku. Ale teraz leżę w
mokrej pościeli. Jeszcze długo. Jak przychodzi czas składania pościeli,
to staram się to ukryć, żeby nikt nie zauważył, bo to straszny wstyd
brać pościel do prania. Każdy tak robi. Najgorsze jest to, że Pani w
składziku patrzy, czy pościel jest równo złożona. Ja zawsze składam
starannie, ale już nie raz po kilka razy wracałam i układałam od nowa.
Tym razem się udało.
Po leżakowaniu mamy czas dla siebie. Możemy bawić się w co chcemy.
Czasami jest wyścig po zabawki. Każdy stara się złapać jak najlepszą, bo
nie ma ich za dużo. Najgorzej się bawić z dziewczynami, bo zaraz się
rządzą. Ja wolę rysować, albo czytać. Raz ktoś mi pomazał kolorowankę i
od tej pory nikomu nie daję. Nie lubię się bawić z kimś kto się nie umie
bawić.
W końcu przychodzi godzina przyjścia rodziców. W korytarzu jest taki
domofon i przez niego rodzice wzywają dzieci. Czasami my mamy dyżury i
biegamy po dzieci. Wolę to, niż siedzieć i czekać. Ale dzisiaj Pani
wyznaczyła kogoś innego. Najśmieszniej wygląda jak wychodzimy z sali.
Kiedy mówimy do widzenia, to musimy się ukłonić. Chłopcy się po prostu
zginają, ale dziewczynki muszą złapać rąbek spódnicy, cofnąć nogę i się
ukłonić. Wyglądamy jak tresowane foki.
Długo po mnie nie przychodzą. Nie lubię zostawać do końca. Kiedyś
pamiętam jak miałam dyżur i bardzo długo po mnie nie przychodzili.
Zostałam ja i Kaśka. W końcu po Kaśkę przyszła mama. A po mnie nie. Pani
kazała mi się ubrać i wyszłyśmy. Na drzwiach przedszkola zostawiła
kartkę i poszłyśmy do niej do domu. Bawiłam się z jej córką, ale
dostałam strasznej temperatury. Myślałam, że umrę, bo mnie zostawili i
będę sama. W końcu dzwonek do drzwi. Mama rozgorączkowana wpadła i
zaczęła przepraszać, bo się nie dogadali, kto ma mnie odebrać. Ja
zapłakana i rozgorączkowana. Chorowałam potem przez tydzień.
I dzisiaj też czekam. Jak codziennie. Staram się zabić czas zabawą z
misiem. Im dłużej, tym mi smutniej. W końcu słyszę swoje imię i nazwisko
w głośniku. Pędem odkładam misia na miejsce, ukłaniam się w biegu i lecę
na korytarz. Już widze twarzy Mamy, wpadam jej w ramiona i czuję
gorącego buziaka na policzku.
"Mamo, jesteś!", a w sercu rozchodzi się ciepło.
"Ubieraj się szybko." Mama czeka w korytarzu. Ubieram się cztery razy
szybciej niż rankiem. Wychodzimy.
"I jak tam było dziś w przedszkolu?"
"Dobrze", odpowiadam, bo co niby miałabym odpowiedzieć? Dorośli i tak
nigdy nie słuchają.
Pozdrawiam, Kati.
Witam wszystkich grupowiczów. Nie szczędźcie mi słów. Przyjmę z pokorą.
Nie odniosę się do tekstu, bo fazę przedszkolną już przeszedłem, reszta
grupowiczów także.
Gromek
http://photoblog.gromek.net
W półśnie jeszcze czuję jak ogarnia mnie chłód. Nie chcę się budzić.
Słyszę otwierane z hukiem drzwi i krzyk.
Mi brakowało jakiejś wyraźnej pointy.
Ale za to przyszedł mi do głowy pomysł na tekścik. Malutki, ale zawsze.
Senk ju zery macz.
Zaczęli się kłócić
a dziewczyny zaczęły go rozbierać.
Jest seks.
Teraz krew mi leci.
Czasami jest wyścig po zabawki.
Terror, strach, upokorzenie, nienawiść i rywalizacja. Już teraz wiem, że
przez całe życie tak będę wspominać moje przedszkole.
Mój brat odprowadza mnie do przedszkola zawsze przed lekcjami. Po drodze
spotykamy moją Panią. Mój brat wraca do szkoły, a ja idę dalej z Panią.
Nawet ją lubię. Jest fajna.
Na środku mamy taki wielki dywan i wszyscy siadają na nim w kole.
Najpierw jest śniadanie, a potem Pani sprawdza obecność.
Ja się zawsze spóźniam i często jem przy stole, gdy reszta siedzi na
dywanie.
Zaczęli się kłócić, a dziewczyny zaczęły go rozbierać.
koctyxa
http://photoblog.gromek.net
Anna pa,pa
Katrussia
Kiedyś strasznie nie lubiłem przedszkola, bo dzieci się ze mnie śmiały.
Ale niedługo po mnie w przedszkolu pojawił się gruby Adam i rude
bliźniaczki, które bardzo dziwnie wyglądają, więc wszyscy zaczęli się
śmiać z nich i przedszkole przestało być już dla mnie takie okropne.
Zresztą tato mówił, że każdy na początku nie lubi przedszkola, ale potem
tęskni, bo wszystko po przedszkolu jest coraz gorsze. Ale to chyba
nieprawda. Strasznie chciałbym już chodzić do szkoły, mieć plecak,
książki i w ogóle być taki dorosły. Nie musiałbym leżakować, jeść
ohydnych zup i tego kisielu podobnego do glutów. Tylko uczyłbym się
różnych rzeczy, żeby zostać programistą tak jak tato. Mnożyć, dzielić i
coś tam jeszcze – tato mi tłumaczył, ale dawno i już nie wszystko
pamiętam. Przynajmniej umiem już liczyć i dodawać. Żeby być programistą
trzeba umieć liczyć!
Nie chciało mi się wychodzić i trochę marudziłem, ale tato, jak zwykle,
jakoś tak mnie zagadał, że zanim się zorientowałem drzwi już opadały za
nami z głośnym sykiem. Musieliśmy dojść do przystanku, żeby złapać
kolejkę na poziom czwarty, gdzie jest moje przedszkole. Normalnie to
strasznie daleko, ale jak się pójdzie skrótem przez tunel serwisowy, to
raz-dwa jest się na miejscu. Tata jak zwykle narzekał, że kiedyś ktoś
nas złapie i będziemy mieli kłopoty, ale mu powiedziałem, że kłopoty to
może mieć tylko on. Ja jestem mały i nie umiem przeczytać tabliczki „Nie
wchodzić!” przed wejściem. Pewnie, że tak naprawdę umiem, ale strażnicy
przecież tego nie wiedzą. Tata powiedział, że jak nic skończę kiedyś w
więzieniu albo w Radzie Miasta. W tunelu serwisowym jest super – mają
tam mnóstwo fajnych maszyn. Na przykład wielkie roboty czyszczące, które
nocami wyjeżdżają na ulice, a w dzień stoją w tunelu serwisowym i
wyglądają jak... Jak nie wiem co. Jak wielkie fajowskie maszyny. O! Są
trochę podobne do lokomotyw. Tato mi kiedyś pokazywał zdjęcia. Jeszcze z
czasów kiedy ludzie żyli na powierzchni. Mieli mnóstwo fajnych rzeczy –
te lokomotywy i góry, burze, krowy, tęcze. I inne takie. Kiedy
powiedziałem tacie, że chciałbym żyć na powierzchni i zobaczyć to
wszystko, wytłumaczył mi, że nie mogę. Była wojna, skażenie i wszystko
na górze jest zniszczone. Jemu i mamie też nie podobały się podziemia,
więc mieszkali na górze tak długo, jak się tylko dało. Dopiero kiedy
mama zaszła w ciążę, przenieśli się pod ziemię. Tata powiedział, że było
już za późno, pocałował mnie i wyszedł z pokoju. Za drzwiami trochę
popłakał, bo myślał, że nie usłyszę. Nie wiem na pewno, ale myślę, że
mama umarła właśnie przez to, że za długo mieszkali na powierzchni.
Skrót przez tunel serwisowy jest naprawdę super. Nie tylko z powodu
maszyn, ale i dlatego, że na stację dochodzi się szybciutko. Potem tylko
trzeba podjechać kolejką, w której strasznie śmierdzi, ale za to jedzie
okropnie szybko. Dzisiaj nawet śmierdziało mniej niż zwykle.
Przejechaliśmy Głównym Tunelem, potem przez Halę Centralną, która jest
naprawdę olbrzymia – z jednej strony nie widać drugiej, nawet jak się
wejdzie na galerię, która jest strasznie wysoko nad podłogą, i jak
oświetlenie akurat dobrze działa. Chociaż tato mówi, że wcale nie jest
taka wielka, tylko za ciemna. Ale chyba coś kręci – przecież jest
najlepiej oświetlona w całym mieście. Z Hali Centralnej kolejka skręciła
w Tunel Einsteina. I już byliśmy prawie na miejscu. Przedszkole widać
już z okna kolejki. W szatni tato powiedział, żebym leciał się pobawić z
kolegami a sam powiesił na wieszaku moją kurtkę i poszedł do pracy. To
fajna kurtka. Jest srebrna i wygląda trochę jak skafander kosmiczny. No
i ma cztery rękawy. Nikt takiej nie ma.